Jerzy Engel - mistrz słodkiego pierdzenia

Któż nie zna Jerzego Engela? Toż to czołowy przedstawiciel Polskiej Myśli Szkoleniowej i szalenie ważny człowiek w zarządzie PZPN, którego najważniejszą umiejętnością jest tzw. “słodkie pierdzenie”. Nie będę tu przytaczał jego ostatnich wypowiedzi, gdyż jeśli ktoś chce je przeczytać, to na pewno znajdzie je bez problemu. Nie chcę także umniejszać jego zasług w roli selekcjonera reprezentacji Polski (chociaż awans z bajecznie prostej grupy ze średnimi wynikami i 3 punkty w Mistrzostwach Świata to znowu nie jest rewelacja…). Zajmę się tutaj Engelem w roli trenera Wisły Kraków.

Władysław Jerzy Engel objął funkcję trenera krakowskiej Wisły przed sezonem 2005/06. Postawiono mu za cel awans do Ligi Mistrzów i mistrzostwo Polski (jak co roku w Wiśle). Kibice byli dość sceptyczni - przecież przez ostatnie 3 lata Engel nie miał żadnej styczności z ławką trenerską (był dyrektorem sportowym w Polonii i Legii)! A kiedy ostatni raz trenował jakikolwiek klub? 8 lat temu na Cyprze!
Jednak wszyscy sceptycy szykowali się do pochylenia głów i posypania ich popiołem po pierwszym meczu z Panathinaikosem Ateny w III rundzie eliminacyjnej Ligi Mistrzów - Wisła po porywającym meczu wygrała 3:1 u siebie. Awans do Champions League był bliski jak nigdy wcześniej. Niestety, w rewanżu już nie było tak słodko - porażka 1:4 i koniec marzeń o Europie. Później przyszły kompromitujące porażki z Vitorią Guimaraes i słabsze wyniki w lidze, a po remisie z Koroną Kielce Engel został zwolniony.

W 44 numerze tygodnika “Piłka Nożna” z 31 października 2005 roku ukazał się wywiad z Engelem, w którym to ukazał on w pełni swoją megalomanię, manię wielkości i starał się wmówić, iż za słabe wyniki Wisły odpowiadają wszyscy, tylko nie on.
Poniżej ukazuję treść tego wywiadu, którego udzielił Adam Godlewski.

- Gdyby jeszcze raz otrzymał pan propozycję od Bogusława Cupiała, to podjąłby pan wyzwanie?
- Ależ naturalnie, przyjąłbym tę ofertę - mówi Jerzy Engel, który wcale nie zmienił się po dymisji i nadal, choć już bardzo na wyrost, wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę. - Uważam, że tę przygodę warto było przeżyć. Dla dwóch kwalifikacyjnych spotkań z Panathinaikosem Ateny - pierwszego wspaniałego i drugiego tragicznego.
- Gdyby jednak była możliwość zajęcia stanowiska dyrektora generalnego klubu, nie zaś trenera, to pewnie wolałby pan tę posadę?
- Nie wiem. Podejmując pracę miałem do wyboru obie funkcje, a wybrałem właśnie etat szkoleniowca. Teraz wcale nie musiałbym postąpić inaczej.
- Gdyby można było powtórzyć przygotowania Wisły do sezonu, to wyglądałyby identycznie?
- Nie, zdecydowanie inaczej! Nie pojechalibyśmy na zgrupowanie do Austrii i sparingpartnerzy byliby znacznie mocniejsi. Jeśli zespół mierzy w Ligę Mistrzów, musi rozgrywać mecze kontrolne z przeciwnikami ze zdecydowanie wyższej półki. Niestety, gdy przejmowałem drużynę, ani miejsca obozu, ani rywali nie można już było zmienić. Dlatego potem brakowało właściwego ogrania.
- Gdyby można było cofnąć czas do momentu tuż przed pierwszym spotkaniem z Panathinaikosem, to inaczej zestawiłby pan zespół?
- Wprost przeciwnie - nic bym nie zmienił. Uważam, że jak na polskie warunki przygotowałem i nastawiłem drużynę fantastycznie do pierwszego spotkania z ateńczykami. Naprawdę wszystko dopiąłem na ostatni guzik.
- Gdyby można było zarządzić powtórzenie spotkania rewanżowego, to Wisła wcześniej poleciałaby do Aten, żeby się właściwie zaaklimatyzować? Ten błąd wytykali panu fizjologowie.
- A ja uważam, że z aklimatyzacją trafiłem w punkt. Gdybyśmy chcieli optymalnie zaaklimatyzować zawodników do greckiego klimatu, musielibyśmy polecieć pod Akropol co najmniej tydzień przed meczem. A na to nie było czasu, bo swoje terminy miała przecież reprezentacja.
- Gdyby mecz w Atenach trwał o osiem minut krócej to…
- …wszyscy w Wiśle byliby szczęśliwi i bogaci. Właściciel spełniłby marzenia i napełnił kiesę. Zawodnicy także świetnie zarobiliby na awansie do Ligi Mistrzów. Trener - to znaczy ja - również. Bo jak jest się czym dzielić, to nikt nie stroni od godnego nagrodzenia dobrych pracowników.
- Gdyby pierwszy mecz z Vitorią Guimaraes odbył się w Polsce, Wisła miałaby większe szanse w rywalizacji z Portugalczykami w Pucharze UEFA?
- Nie. W tamtym momencie nie mieliśmy najmniejszych szans na przeskoczenie zespołu Marka Saganowskiego. Wisła została osierocona przez Tomasza Frankowskiego i Kalu Uche. A w pierwszym spotkaniu z Vitorią nie mogli wystąpić Radek Sobolewski i Tomasz Kłos - czterech kluczowych zawodników. Nikt na moim miejscu sensownie by ich nie zastąpił. Bo nie było kim, mistrz Polski ma zbyt słabe zaplecze.
- Gdyby można było odwołać publicznie składane obietnice, to ugryzłby się pan w język wygłaszając chęć wywalczenia Pucharu UEFA [sic! - dop. Ecoute]?
- Absolutnie nie. Bo te obietnice nie były wygłaszane dla publiczności ani do prezesa Cupiała, tylko do zawodników. Zespół trzeba było po prostu postawić na nogi, tchnąć wiarę w tych, z których zupełnie uszło powietrze. Zarówno po porażce w Atenach, jak i odejściu Franka i Uche. Byłem ostatnią osobą w klubie, którą pytano o zgodę na odejście tych zawodników, ale i tak broniłem się jak mogłem. Niestety, nic nie wskórałem.
- Gdyby latem do Wisły nie przyszli Konrad Gołoś, Marek Penksa, Jean Paulista, Andre Barreto i Paweł Kryszałowicz, tylko lepsi piłkarze, to może jednak nadal prowadziłby pan Wisłę?
- Ależ to nie ja sprowadzałem większość z nich. Gdy obejmowałem Wisłę, Gołoś już był w Krakowie. Także na zatrudnienie Penksy, Paulisty i Barreto nie miałem wpływu. Odpowiadam jedynie za Kryzałowicza. I uważam, że byłto dobry transfer w sytuacji, gdy na jego przeprowadzenie było zaledwie 24 godziny. Paweł przyszedł nieprzygotowany fizycznie do zadań, które czekały na niego w Wiśle, ale wkrótce nadrobi zaległości i będzie błyszczał w zespole spod Wawelu.
- Gdyby trenerem Zagłębia Lubin nie był Franciszek Smuda, to pewnie spokojnie pracowałby pan do końca rundy. Temu już pan chyba nie zaprzeczy?
- Oczywiście, że zaprzeczę. Osoba szkoleniowca Zagłębia nie miała żadnego wpływu na porażkę. Przegraliśmy bowiem na własne życzenie, a głównie na życzenie Pawła Brożka - zawodnika tyleż utalentowanego, co jeszcze nieskutecznego - który zmarnował cztery bramkowe sytuacje, a piątą niewykorzystaną setkę dołożył Marcin Kuźba. Swój udział w naszej porażce ma także sędzia, który odgwizdywał wyimaginowane pozycje spalone.
- Gdyby jednak w Lubinie w wyjściowym składzie w środku pomocy Wisły nie wystąpił Jacek Kowalczyk, to prawdopodobnie nie musiałby pan na nikogo zwalać winy, bo krakowski zespół raczej by nie przegrał.
- A kogo miałem wystawić, jak ze składu wypadli Sobolewski i Mauro Cantoro? Potrzebowałem defensywnego pomocnika, a Kowalczyk grywał na tej pozycji w reprezentacji młodzieżowej Edwarda Klejndinsta. Musi też kiedyś zacząć spłacać w Wiśle kredyt, który zaciągnął u prezesa Cupiała. Dopiero po przerwie wprowadziłem Barreto, bo ten zawodnik jest jeszcze nieprzygotowany do walki przez cały mecz.
- Gdyby Grzegorz Piechna z Kolportera Korony nie ośmieszył Arkadiusza Głowackiego w minioną niedzielę, to i pan nie musiałby się dziś wstydzić za remis z beniaminkiem, który okazał się gwoździem do trumny.
- Piechna w lidze ma teraz taki okres, jak Frankowski w reprezentacji - co dotknie piłkę, to ląduje w siatce. Inna sprawa, że rzeczywiście obaj moi środkowi obrońcy nie popisali się w spotkaniu z Kolporterem. Najpierw Kłos popełnił błąd próbując zostawić Piechnę na spalonym, a potem Głowacki dał się ograć niczym junior.
- Gdyby trener Engel złożył gwarancję, że szybko nastąpi poprawa gry Wisły, to mimo wszystkich wspomnianych potknięć zostałby do grudnia pod Wawelem?
- Nie mogłem obiecać podniesienia jakości w sytuacji, gdy sam nie mogę liczyć na Sobolewskiego, Cantoro, Kryszałowicza i w pełni zdrowego Penksę. To dopiero byłoby rzucanie słów na wiatr.
- Gdyby Cupiał musiał wypłacić odszkodowanie za zerwanie kontraktu, to pewnie tak łatwo nie podjąłby decyzji o zdymisjonowaniu pana?
- Umówiliśmy się z właścicielem Wisły, że na ten temat publicznie mówić nie będziemy.
- Gdyby jeszcze raz podpisywał pan kontrakt z Wisłą, znalazłaby się w nim klauzula o finansowej odprawie?
- Bez komentarza.
- Gdyby ktoś zapytał jakie były trzy główne błędy Engela w Wiśle, albo trzy główne przyczyny niepowodzenia, to powiedziałby pan, że…
- …po pierwsze: odejście czołowych zawodników. Po drugie: odejście czołowych zawodników. Po trzecie: odejście czołowych zawodników. Dodam, że chodzi o Macieja Żurawskiego, Frankowskiego i Uche.
- Gdyby wasze stosunki z Pawłem Janasem nie były napięte, to nie padłaby wypowiedź z ust selekcjonera, że Wisła nie była tak słabo przygotowana jak jesienią - ani podczas kadencji Henryka Kasperczaka, ani Wernera Liczki?
- To jakiś nonsens. Atak nastąpił pod złym adresem, bo za przygotowanie motoryczne - od kilku dobrych lat - odpowiada w Wiśle, i to jednoosobowo, fizjolog Ryszard Szul. To był rewanż za to, że skrytykowałem wystawienie Sobolewskiego, w meczu przeciw Anglii w Manchesterze, po zaaplikowaniu środków przeciwbólowych.
- Gdyby teraz pojawiła się dla Jerzego Engela oferta z Łęcznej, to poprowadziłby pan Górnika [w czasie udzielania tego wywiadu posada trenera Górnika Łęczna była wolna po zwolnieniu Bogusława Kaczmarka - dop. Ecoute]?
- Do końca października odpoczywam. Potem rozważę każdą ofertę.
- Gdyby Jerzy Engel złapał złotą rybkę, to w pierwszej kolejności poprosiłby o stanowisko selekcjonera w jakiejś bogatej, najlepiej arabskiej, federacji?
- Nie. Najpierw poprosiłbym o zdrowie dla członków mojej rodziny, bo nie jest z tym najlepiej. Następnie o to, żeby ludzie ze świata piłki zaczęli się szanować. A na koniec o to, żeby nowy prezydent RP i cała elita polityczna wreszcie zadbała o sprawy sportu. Bo za kilka lat, jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, nie będzie z kogo wybierać zawodników do piłkarskiej reprezentacji.

Z chęcią dopisałbym jakiś komentarz do tego wywiadu, lecz w tym samym numerze “Piłki Nożnej” zrobił to Piotr Żelazny.
- Jerzy Engel jest, niestety, niereformowalny! Po kolejnym bolesnym upadku wstaje z gracją, otrzepuje się i udaje, że tylko na chwilkę się położył, aby odpocząć. Jego pewność siebie i - używając poetyki Witkacego - zadowolonko nie znają granic. Co dziwi tym bardziej, że już właściwie nikt w Polsce nie wierzy w magię jego nazwiska. Poza nim samym. Okazuje się, że za słabe wyniki Wisły odpowiadają (w dowolnej kolejności): sędziowie, poprzednia ekipa źle kontraktując obóz w Austrii i sparingpartnerów, pudłujący Paweł Brożek i środkowi obrońcy, tylko nie trener. Zapytany, czy gdyby dostał nową szansę, zmieniłby coś w Wiśle, odpowiada: - Absolutnie nie! Jerzy Engel uważa się za nieomylnego w każdym etapie swojego życia zawodowego. Jak papież. Zatem odpowiednim miejscem byłaby teraz posada selekcjonera reprezentacji Watykanu.

Od siebie tylko dodam, iż:
- Paweł Kryszałowicz nie stał się gwiazdą Wisły
- Jerzy Engel trochę przedłużył sobie odpoczynek, gdyż wypoczywa aż do dnia dzisiejszego (nikt chyba nie powie, że się przepracowuje)

* Skomentuj ten wpis

Cudowny Groclin

Witam po mojej długiej nieobecności. Niestety, niekorzystny bieg wydarzeń sprawił, iż nie miałem czasu aktualizować tego bloga. Na szczęście wszystko już idzie po mojej myśli (póki co) i będę mógł ponownie często się tutaj udzielać.
Dzisiaj będzie coś mniej ciekawego, jednak w najbliższym czasie możecie oczekiwać prawdziwego hitu…

Pamiętacie taki klub, jak Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski? Pewnie tak. Do całkiem niedawna jeszcze grał on w Ekstraklasie. Pewnie 90% z was zapamiętało go jako czołowy klub naszej ligi, rokrocznie liczący się w walce o Europejskie Puchary… Jednak nie zawsze tak było.

Rok 1999. Groclin po rocznym pobycie w drugiej lidze ponownie awansował do I ligi (po zażartej walce z Rakowem Częstochowa, Śląskiem Wrocław i Aluminium Konin). Pierwszy sezon zdecydowanie klubowi z Grodziska nie wyszedł - 29 punktów w 34 meczach, 16 miejsce (na 18) i 14 punktów straty do bezpiecznego miejsca w tabeli.
Drugi sezon w Ekstraklasie w historii klubu nie zapowiadał się wcale lepiej niż pierwszy, a wręcz przeciwnie. Pierwszy punkt Dyskobolia zdobyła dopiero w 9. kolejce, w meczu z Amicą Wronki. (1:1 - bramka Piotra Bielaka, świetny występ Krzysztofa Kotorowskiego), a pierwsze zwycięstwo odniosła w 15. kolejce z Widzewem Łódź (1:0 - gol Grzegorza Motyki z rzutu karnego w 90. minucie). Ogółem w rundzie jesiennej Groclin zdobył punktów… 5 (doszedł do tego jeszcze remis 1:1 z Petro Płock - gol Bogdana Pruska). Zdawałoby się, że los Grodziszczan jest już przesądzony…

Jednak przed rundą wiosenną do klubu przyszedł trener Janusz Białek i paru zawodników, w tym Krzysztof Kłosiński z Zagłębia Lubin, który miał się okazać zbawicielem drużyny z Grodziska… Jednym z wielu. Ale po kolei.

Pierwsza kolejka rundy wiosennej nie zapowiadała jeszcze tego, co miało wkrótce nadejść - Groclin przegrał na wyjeździe z Pogonią Szczecin 0:1. W kolejnym meczu Dyskobolia wygrała ze Stomilem Olsztyn 3:2, co miało zwiastować rychłą ucieczkę ze strefy spadkowej. Niestety, później przyszła seria 3 porażek z rzędu bez strzelonej bramki. To była już 20. kolejka, 8 zdobytych punktów, 11 oczek do bezpiecznej pozycji… Wydawało się, że dla Groclinu już po prostu nie ma ratunku…

Lecz w 21. kolejce zaczęło się coś, czego nie można wytłumaczyć logicznie. Wokół tego powstawały już legendy. Cóż takiego się stało?
Otóż Groclin odniósł 9 zwycięstw z rzędu!
Oto wyniki:
* Groclin - ŁKS Łódź 2:1 (zwycięska bramka Kłosińskiego w 90. minucie)
* Górnik Zabrze - Groclin 1:2
* Groclin - Zagłębie Lubin 1:0
* Amica Wronki - Groclin 0:1
* Groclin - Legia Warszawa 1:0
* Odra Wodzisław Śląski - Groclin 0:2
* Groclin - Petro Płock 3:1
* Widzew Łódź - Groclin 2:3
* Groclin - Ruch Radzionków 1:2

W ostatniej kolejce Groclin zremisował z już pewnym spadku Lechem Poznań. I w Grodzisku zaczęła się feta.

Niektórych może zdziwić, dlaczego zaznaczyłem, iż w meczu z ŁKS-em zwycięska bramka padła w ostatniej minucie. Od razu zaznaczam, niczego nie sugeruję.
W czasie trwania tej imponującej serii zwycięstw piłkarze i trener Białek byli rozchwytywani przez dziennikarzy. W każdym, powtarzam, KAŻDYM wywiadzie obowiązkowo musiało się znaleźć pytanie:
- Co spowodowało, że ostatnia drużyna w tabeli nagle zaczęła wygrywać mecz za meczem?
Odpowiedź prawie zawsze brzmiała mniej więcej tak:
- To zwycięstwo nad ŁKS-em dodało nam skrzydeł. Gdybyśmy tego meczu nie wygrali, prawdopodobnie moglibyśmy już być pewni, że spadniemy. Lecz bramka Krzyśka w ostatniej minucie sprawiła, że uwierzyliśmy w utrzymanie.

Jak już mówiłem, wokół tej niesamowitej serii Groclinu powstało wiele teorii, plotek i legend. Fani grodziskiego klubu utrzymywali, że Groclin utrzymał się wyłącznie dzięki własnym umiejętnościom, ciężkiej pracy i pokazaniu prawdziwego potencjału. Inni mówili, iż to zasługa trenerskiego warsztatu Janusza Białka. Kolejna grupa była przekonana, że więcej punktów od piłkarzy i trenera zdobył… prezes Drzymała.

Jak było naprawdę - chyba się nie dowiemy. Faktem jest, iż to właśnie od rundy wiosennej 2000 zaczęły się lepsze czasy dla Groclinu. Od 2002 mogliśmy nawet mówić o narodzinach nowej potęgi w polskim futbolu.

W chwili obecnej Dyskobolia gra w IV lidze (czyli właściwie piątej), w grupie wielkopolskiej północnej. Zajmuje 11. miejsce. Pewnie nieprędko doczekamy się ponownie Ekstraklasy w Grodzisku. O ile w ogóle…

* Skomentuj ten wpis

Andriusz Mozoluk - głodujący reprezentant Polski juniorów

Andriusz Mozoluk - to nazwisko z pewnością praktycznie nikomu nic nie powie. A wiąże się z nim ciekawa, choć przygnębiająca, historia…

Andriusz Mozoluk urodził się 16 września 1980 roku. Swoją “karierę” rozpoczął w Lechu Poznań, skąd w wieku 14 lat przeszedł do Olimpii Poznań. Być może to był jego największy błąd w życiu, lecz wtedy nie mógł o tym wiedzieć.
Jako junior nie mógł mieć udziału w degrengoladzie Olimpii. W pierwszej drużynie poznańskiego klubu zaczął grać mając niespełna 16 lat, lecz wtedy Olimpia była już w IV lidze. Wtedy to jednak zaczął być powoływany do reprezentacji juniorskich - najpierw U-16, potem U-17 i U-18. Można rzec - niezły początek kariery, nie? Cóż, patrząc na suche fakty to owszem. Przyjrzyjmy się jednak bliżej…

Mozoluk z niecierpliwością oczekiwał kolejnych powołań do reprezentacji i na każde zgrupowanie stawiał się ochoczo. NIe tylko jednak dlatego, że czuł zaszczyt występowania w koszulce z orzełkiem na piersi. Głównym powodem była możliwość… najedzenia się i wyspania!
Nie, to nie jest żadna pomyłka. Tylko na zgrupowaniach kadry juniorskiej Andriusz mógł żyć jak człowiek!

Mozoluk żył razem z matką, jej przyjacielem i babcią w jednopokojowym mieszkaniu o powierzchni 20 metrów kwadratowych. Matka co jakiś czas pracowała dorywczo i przynosiła do domu nieznaczne sumy pieniędzy. Jej przyjaciel nie miał stałego zajęcia. Babcia była głucha. Ta czwórka ludzi musiała żyć z renty zmarłego ojca Andriusza i klubowego stypendium 17-latka, wynoszącego 250 złotych miesięcznie. Premie za wygrane mecze były raczej… symboliczne. Ot tak, żeby były.

Andriusz w styczniu 1998 roku chciał przejść do szkółki piłkarskiej w Szamotułach. W rozmowie z prezesem MSP, Zenonem Jarzębskim, powiedział, że najważniejsze dla niego to trzy razy dziennie najeść się do syta. Pan Zenon był chętny pomóc Andriuszowi. Złożył Olimpii Poznań oficjalne zapytanie, za ile Mozoluk mógłby przejść do jego zespołu. Prezes Olimpii, Bolesław Krzyżostaniak (w późniejszym czasie aresztowany za handel narkotykami), rzucił kwotę… 300 000 złotych! Oczywiście, Jarzębski nie mógł tyle zapłacić. Andriusz wrócił do Poznania…

Krzyżostaniak, z pewnością wielce zatrapiony losem piłkarza, zaproponował mu grę w Hutniku Warszawa. Był skłonny bezpłatnie go wypożyczyć go na pół roku. Nawet dał Andriuszowi pieniądze na wyjazd do Warszawy. Jednakże tam Mozoluk trenował przez tydzień, lecz żaden z działaczy nie miał czasu z nim porozmawiać. Po upływie terminu testów drugi trener Hutnika powiedział piłkarzowi, żeby wracał do Poznania i czekał na wiadomość. Mozoluk nie był jednak chętny do wyjazdu, gdyż… w Poznaniu znalazł dziewczynę!

W marcu Andriusz poważnie myślał o zerwaniu z piłką. Miał podpisany z Olimpią kontrakt, który zobowiązywał go do gry w Olimpii Poznań do ukończenia 18 roku życia. Podpisała go matka, przekonana typowo polskim sposobem - “Tu pani podsuniemy papier, niech pani machnie…”. I co miała biedna zrobić? Machnęła!

O Andriuszu wiadomo jeszcze tyle, że po osiągnięciu pełnoletności odszedł z Olimpii. Po tym słuch o nim zaginął. Po wpisaniu w Google frazy “Andriusz Mozoluk” pojawia się komunikat “Podana fraza nie została odnaleziona”. Nie wiadomo o nim nic. Miejmy nadzieję, że wyszedł na ludzi…

* Skomentuj ten wpis

Odra Wodzisław mistrzem Polski juniorów 1998… A co z nich wyrosło?

Juniorzy Odry Wodzisław w sezonie 1997/98 zrobili furorę, zdobywając mistrzostwo Polski juniorów, po drodze pokonując takie zespoły, jak Gwarek Zabrze (dobra marka w branży juniorskiej), Górnik Zabrze, Ruch Chorzów, GKS Katowice w lidze makroregionu śląskiego, a w finałach Wisłę Kraków i w finale Lech Poznań.

Trenerem był wtedy Jan Adamczyk, który w późniejszym czasie był trenerem Przyszłości Rogów i asystentem w Odrze Wodzisław.

A kto wtedy grał w drużynie? Mogę się założyć, że 90% nazwisk nic Wam nie powie…

Najpierw zobaczmy, jacy byli bramkarze.

Andrzej Błatoń - rezerwowy bramkarz. Nigdy nie zbliżył się nawet do poziomu trzeciej ligi.
Ireneusz Trojanowski - podstawowy golkiper wypożyczony z Beskidu Skoczów. Był w kadrze pierwszego zespołu Odry w sezonie 1998/99, lecz nie zagrał żadnego meczu. Później wrócił do Skoczowa, gdzie grał do 2008 roku.

Nikt znajomy, hmmm? To przejdźmy do obrońców.

Artur Bieroński - jeden z braci grających w tym zespole. Nigdy nie zaistniał w prawdziwej piłce, podobnie zresztą jak brat. Kluby Walcownia Czechowice-Dziedzice i Pasjonat Dankowice, z całym szacunkiem, nie powalają na kolana.
Piotr Hauder - przyszedł do Odry z Górnik Radlin. Pograł sobie pół roku w juniorach Odry, po czym… zniknął na pięć lat! Odnalazł się w Starcie Mszana, gdzie występował przez półtora roku, po czym przeszedł do klubu zwanego Krupiński Suszec. Grał tam do 2008 roku.
Szymon Karaś - przyszedł z Piasta Gliwice. Był w kadrze Odry przez dwa i pół roku, lecz nie zagrał żadnego meczu w pierwszym zespole. Później wyjechał do Niemiec, gdzie grał w klubie Freiburger FC (nie mylić z SC Freiburg!), po czym wrócił do Polski, a mianowicie do Górnika Jastrzębie (późniejszy GKS Jastrzębie). Przygodę z piłką zakończył w Gwieździe Skrzyszów.
Tomasz Skoczyna - brak jakichkolwiek informacji o jego dalszej “karierze”.
Krzysztof Smoliński - można zaryzykować stwierdzenie, że osiągnął najwięcej z całej mistrzowskiej drużyny. Wystarczyło do tego… 14 meczów w ekstraklasie! Przyszedł do Odry z klubu Moto Jelcz Oława. Przez rok zdołał zagrać aż 10 meczów w pierwszej drużynie Odry po czym przeszedł do… Wisły Kraków! Dzięki niecałemu kwadransowi spędzonemu na boisku w ostatnim meczu z Pogonią (wygranego 4:0) może mówić o sobie “mistrz Polski”. Po tym niewątpliwym sukcesie rozpoczęła się jego wędrówka po klubach. Zaliczał kolejno Ruch Chorzów (3 mecze w Ekstraklasie), Koronę Kielce, Lech Poznań (za czasów drugoligowej mizerii), ŁKS Łódź, Jagiellonię Białystok (z którą spadł z II ligi), Hetman Zamość (również spadł), Górnik Polkowice, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, szwedzki klub Umea FC (z którym spadł z III ligi, u nich nazywanej Division 1). Potem przypadkowo trafił do Płocka, gdzie w barwach Wisły zagrał jeden mecz w Pucharze Ekstraklasy, po czym wrócił do Skandynawii, a mianowicie do Norwegii, do klubu Kongsvinger IL (z którym, o dziwo, nie spadł z drugiej ligi, oczywiście nazywanej tam pierwszą ligą). Na wiosnę 2008 roku wrócił do Polkowic. Obecnie pozostaje bez klubu (chyba).
Przemysław Stabla - wiadomo o nim tyle, że w 2007 roku grał w klubie Naprzód 37 Krzyżkowice.

Dobra, czas na pomocników. Tu nie będzie lepiej…

Tomasz Bieroński - patrz: Artur Bieroński. A nie, grał jeszcze w klubie o jakże ciekawej nazwie Wróblowianka Wróblowice.
Michał Dziwisz - nic mi o nim nie wiadomo.
Marek Kołek - kapitan drużyny, przybył z Czarnych Gorzyce. Dokonał niesamowitej sztuki - zagrał w aż 9 meczach w Ekstraklasie! W barwach Odry, rzecz jasna. Jego dalsza “kariera” nie była już tak pasjonująca - Górnik Jastrzębie, Walcownia Czechowice-Dziedzice, Przyszłość Rogów i powrót do Czarnych. Obecnie jest na stanowisku “managera” w Auchan (info pasjonata, serdeczne dzięki!)
Adam Śmigielski - przyszedł z GKS-u Jastrzębie. On również odniósł niesamowity sukces, grając w czterech meczach w barwach Odry w sezonie 1999/2000. Po tym jakże udanym dla niego sezonie wrócił do Jastrzębia Zdroju, do tego samego klubu, jednakże już pod nazwą Górnik Jastrzębie. Po dwóch latach przypomniał sobie o nim trener Jan Adamczyk i ściągnął go do Przyszłości Rogów. Po dwóch i pół roku zaczęli sobie o nim przypominać kolejni trenerzy, którzy kiedyś grali (grali?) razem z Adamem - Mirosław Szwarga ściągnął go do Pniówka Pawłowice Śląskie, Adam Kryger do Sokoła Zabrzeg, Artur Toborek (cóż, akurat on ze Śmigielskim nie miał wcześniej nic do czynienia) do MRKS Czechowice-Dziedzice. Następnie Śmigielski odszedł do Granicy Ruptawa (klubu z Jastrzębia Zdroju), gdzie z miejsca został grającym trenerem. Obecnie już nie gra, ale trenerem jest nadal.
Klaudiusz Szweda - do Odry trafił jako 15-latek z Górnika Radlin. Przez pięć lat figurował jako zawodnik pierwszego zespołu - w I lidze nie zagrał nic. Po tym zaczął zwiedzać coraz słabsze kluby. A dokładniej Peberow (później MKS 05) Krzanowice, Start Mszana, Górnik Pszów, Gwiazda Skrzyszów, Naprzód Zawada i znów Górnik Pszów.
Adam Świtała - w 2000 roku zagrał 8 meczów w pierwszym składzie Odry, po czym na dwa lata trafił do rezerw. Kolejne etapy jego przygody to Unia Racibórz i Unia Turza Śląska.

No i jak Wam się podoba? Teraz ostatni etap, napastnicy.

Rafał Dziedzic - jak paru jego kolegów przyszedł do Odry z Piasta Gliwice. Przez półtora roku w Odrze zagrał 0 meczów. Na wiosnę 2000 zwiedził Jastrzębie Zdrój, po czym… zniknął na pięć lat. Skąd my to znamy? Znaleźli go Polonii Marklowice, gdzie trenerem był świętej pamięci Mirosław Staniek.
Wojciech Dzierżenga - prawdziwi pasjonaci polskiej piłki mogą go kojarzyć z Odry Opole, gdzie grał w latach 2005-07. W II lidze w sezonie 2006/07, jak przystało na napastnika z prawdziwego zdarzenia, nie strzelił żadnej bramki. A co się z nim działo wcześniej i później? Po przygodze z Odrą Wodzisław (gdzie, rzecz jasna, nie zagrał żadnego meczu) odszedł do Staru Mszana, a następnie do Przyszłości Rogów. A po sezonie 2006/07 trafił do… Przyszłości Rogów!
Piotr Kobeszko - ten osobnik o tyle różni się od innych jego kolegów, że ani razu nie był w pierwszej drużynie Odry. Najpierw kopał w juniorach, potem w rezerwach. Potem uznał, że jego ambicje sięgają wyżej niż jakieś tam rezerwy i odszedł do Górnika Czerwionka. Następnie przez chwilę zabawił w Rybniku, a dokładniej w Energetyku Rybnik, po czym wrócił do Czerwionki. Później przezcztery lata rezydował w Rybniku, kolejno jako piłkarz klubu Pierwszy Chwałowice, następnie przez dwa lata Energetyk ROW Rybnik, a na koniec w Górniku Boguszowice. Gdy Rybnik mu się znudził odszedł do Silesii Lubomia (ktokolwiek się teraz śmieje niech ugryzie się w język. W tym klubie “kariery” zaczynali m.in. Mariusz Pawełek i Franciszek Smuda!). Po pół roku wyruszył na podbój Marklowic w barwach Polonii, po czym dołączył do starych znajomych w Przyszłości Rogów.
Piotr Kuś - właśnie on przeszedł do historii jako ten, który jako jedyny z mistrzowskiej drużyny juniorów Odry zdobył bramkę w Ekstraklasie. Miało to miejsce 5 sierpnia 2000 roku, kiedy to golem w 81 minucie zapewnił Odrze remis ze Śląskiem Wrocław. Tak nawiasem on również zagrał 14 meczów w Ekstraklasie. Niestety, gol przeciwko Śląskowi nie przekonał trenera Jerzego Wyrobka co do jego osoby - na wiosnę 2001 roku wypożyczył go do Górnika Jastrzębie. Teoretycznie Kuś wrócił do Odry na jesień 2001, lecz tak jakby go nie było - zagrał jeden mecz w Pucharze Polski i koniec. Na pół roku odszedł do Startu Mszana, po czym… tak, dobrze myślicie - Jan Adamczyk ściągnął go do Przyszłości Rogów! I grał tam do całkiem niedawna.

No i to by było na tyle. Wnioski wyciągnijcie sami.

* Skomentuj ten wpis

Lechia/Polonia Gdańsk czyli szaleństwo fuzji

Fuzja - to słowo w polskiej piłce lat 90. robiło furorę. Ileż to tych fuzji było? Lechia/Olimpia Gdańsk, Polonia/Szombierki Bytom, Varta/Odra Namysłów, Lechia/Polonia Gdańsk… Te cztery przyszły mi na myśl od razu. Dzisiaj zajmę się tym ostatnim.

Fuzja dwóch klubów z Gdańska - Lechii i Polonii, była inicjatywą pewnego łódzkiego biznesmena, niejakiego Antoniego Ptaka. To nie mogło zagwarantować nic dobrego, ale wtedy w Gdańsku o tym nie wiedzieli…

Zanim gdańskie kluby stworzyły jedność, pan Antoni zainwestował w Polonię Gdańsk. Początkowo z całkiem niezłym skutkiem - Polonia całkiem nieźle radziła sobie w II lidze, nie było żadnych problemów finansowych. Istniał tylko jeden problem - premanentny brak kibiców. Na to Antoni Ptak nie mógł sobie pozwolić, gdyż, jak każdy, chciał stworzyć klub idealny - dobry piłkarsko, z pieniędzmi i kibicami. Jednak w żaden sposób nie mógł przyciągnąć ludzi na stadion Polonii.

I pewnego dnia 1998 roku pan Antoni wpadł na pomysł, zdawałoby się, genialny. Przeanalizował on sytuację obu klubów z Gdańska i zauważył, że w Polonii są pieniądze, a nie ma kibiców, natomiast w Lechii ci kibice są, lecz pieniędzy - ani trochę. Więc co pan Ptak postanowił? Połączyć oba kluby! Wtedy będą i pieniądze (z Polonii), i kibice (z Lechii). Prawda że proste? Niezupełnie.

Pierwszy problem - nazwa i logo nowego klubu. Pierwszym członem w nazwie ma być Lechia czy Polonia? A jakie logo? Połączyć w jakiś sposób oba czy wybrać któryś z dwóch? Zdecydowano, że wszelkie te przywileje otrzyma Lechia. W ten sposób miano przyciągnąć kibiców Lechii, których, jak już wspomniałem, było więcej niż Polonii. Ten trik się jednak nie udał - kibice Lechii powiedzieli, że na ten sztuczny twór przychodzić nie będą!

Cóż, można powiedzieć, że praktycznie nic się nie zmieniło. Pieniądze nadal były, bo był Ptak, kibiców nie było cały czas - status quo, można powiedzieć. Do czasu.

Antoni Ptak pokrywał 70% wydatków całego klubu. Mógł on sobie na to pozwolić przez dwa-trzy miesiące, lecz minęło pół roku od założenia fuzji, a chętnych na zainwestowanie w klub nie było. Dlaczego? Gdyż nikt nie chciał wkładać pieniędzy do prywatnej spółki… Słowem - mogli zainwestować w klub, ale bez Ptaka. Albo przynajmniej tak mówili.

Przed rundą wiosenną sezonu 1998/99 Antoni Ptak zrezygnował z finansowania klubu. I od tego momentu w Lechii/Polonii działo się coraz gorzej.

Po rundzie jesiennej 1998 gdański klub zajmował 5 miejsce w pierwszej grupie II ligi z 6 punktami straty do prowadzącego Aluminium Konin. Runda wiosenna była gorsza od jesiennej - Lechia/Polonia spadła na 7 miejsce w tabeli, a do pierwszego Groclinu tracił aż 13 punktów! Potem było jeszcze mniej wesoło. W sezonie 1999/2000 klub zajął już 14 miejsce w tabeli (co nie było aż tak tragicznym wynikiem, gdyż w II lidze grały wtedy 24 zespoły), a sezon 2000/01 to już totalna klapa - przedostatnie miejsce w tabeli i oczywiście spadek do III ligi.

Po spadku Lechii/Polonii Gdańsk powstał nowy klub, OSP Lechia Gdańsk, kontynuujący tradycje dawnej Lechii, który zaczął od A-klasy. Od tamtego czasu temu klubowi udawało się rokrocznie wywalczać awans do wyższej klasy rozgrywkowej aż do awansu do II ligi w sezonie 2004/05. Tutaj piękna passa się skończyła - Lechia musiała czekać trzy lata na awans do ekstraklasy.

A co się stało z Lechią/Polonią? Pograła jeszcze chwilkę w trzeciej lidze, znów zajęła przedostatnie miejsce i spadła do IV ligi, gdzie już jednak nie zagrała - w 2002 rokuk klub został rozwiązany.

W Lechii/Polonii grało sporo znanych piłkarzy, chociażby Grzegorz Miłkowski - jeden z nielicznych ukaranych piłkarzy w związku z aferą barażową, Jacek Paszulewicz - później grający chociażby w Wiśle Kraków za czasów jej największej świetności, Adam Fedoruk - grający w Lidze Mistrzów w barwach Legii Warszawa, czy Marek Zieńczuk. Tutaj też kończył karierę Zbigniew Kaczmarek - 30-krotny reprezentant Polski.

Jeżeli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to jutro też coś napiszę. Nie wiem, czy będzie ciekawie, ale pryszcz.

* Skomentuj ten wpis

Witam!

Witam wszystkich na moim blogu. Na samym początku muszę wyjaśnić jedno - jeżeli interesujesz się piłką współczesną to nie masz tu czego szukać. Ja będę się koncentrował na przeszłości. Przede wszystkim będę się zajmował piłką polską - będę przypominał liczne absurdy, drużyny, których próżno szukać wśród drużyn nawet trzecio(czwarto?)ligowych, a także zapomnianych ludzi piłki.

Jeżeli wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałem, już jutro opublikuję pierwszą poważną notkę. Co w niej będzie?

Poczekajcie do jutra! Gwarantuję, że będzie ciekawie!

* Skomentuj ten wpis


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


wrzesień 2010
P W Ś C P S N
« listopada    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930