Jerzy Engel - mistrz słodkiego pierdzenia
Któż nie zna Jerzego Engela? Toż to czołowy przedstawiciel Polskiej Myśli Szkoleniowej i szalenie ważny człowiek w zarządzie PZPN, którego najważniejszą umiejętnością jest tzw. “słodkie pierdzenie”. Nie będę tu przytaczał jego ostatnich wypowiedzi, gdyż jeśli ktoś chce je przeczytać, to na pewno znajdzie je bez problemu. Nie chcę także umniejszać jego zasług w roli selekcjonera reprezentacji Polski (chociaż awans z bajecznie prostej grupy ze średnimi wynikami i 3 punkty w Mistrzostwach Świata to znowu nie jest rewelacja…). Zajmę się tutaj Engelem w roli trenera Wisły Kraków.
Władysław Jerzy Engel objął funkcję trenera krakowskiej Wisły przed sezonem 2005/06. Postawiono mu za cel awans do Ligi Mistrzów i mistrzostwo Polski (jak co roku w Wiśle). Kibice byli dość sceptyczni - przecież przez ostatnie 3 lata Engel nie miał żadnej styczności z ławką trenerską (był dyrektorem sportowym w Polonii i Legii)! A kiedy ostatni raz trenował jakikolwiek klub? 8 lat temu na Cyprze!
Jednak wszyscy sceptycy szykowali się do pochylenia głów i posypania ich popiołem po pierwszym meczu z Panathinaikosem Ateny w III rundzie eliminacyjnej Ligi Mistrzów - Wisła po porywającym meczu wygrała 3:1 u siebie. Awans do Champions League był bliski jak nigdy wcześniej. Niestety, w rewanżu już nie było tak słodko - porażka 1:4 i koniec marzeń o Europie. Później przyszły kompromitujące porażki z Vitorią Guimaraes i słabsze wyniki w lidze, a po remisie z Koroną Kielce Engel został zwolniony.
W 44 numerze tygodnika “Piłka Nożna” z 31 października 2005 roku ukazał się wywiad z Engelem, w którym to ukazał on w pełni swoją megalomanię, manię wielkości i starał się wmówić, iż za słabe wyniki Wisły odpowiadają wszyscy, tylko nie on.
Poniżej ukazuję treść tego wywiadu, którego udzielił Adam Godlewski.
- Gdyby jeszcze raz otrzymał pan propozycję od Bogusława Cupiała, to podjąłby pan wyzwanie?
- Ależ naturalnie, przyjąłbym tę ofertę - mówi Jerzy Engel, który wcale nie zmienił się po dymisji i nadal, choć już bardzo na wyrost, wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę. - Uważam, że tę przygodę warto było przeżyć. Dla dwóch kwalifikacyjnych spotkań z Panathinaikosem Ateny - pierwszego wspaniałego i drugiego tragicznego.
- Gdyby jednak była możliwość zajęcia stanowiska dyrektora generalnego klubu, nie zaś trenera, to pewnie wolałby pan tę posadę?
- Nie wiem. Podejmując pracę miałem do wyboru obie funkcje, a wybrałem właśnie etat szkoleniowca. Teraz wcale nie musiałbym postąpić inaczej.
- Gdyby można było powtórzyć przygotowania Wisły do sezonu, to wyglądałyby identycznie?
- Nie, zdecydowanie inaczej! Nie pojechalibyśmy na zgrupowanie do Austrii i sparingpartnerzy byliby znacznie mocniejsi. Jeśli zespół mierzy w Ligę Mistrzów, musi rozgrywać mecze kontrolne z przeciwnikami ze zdecydowanie wyższej półki. Niestety, gdy przejmowałem drużynę, ani miejsca obozu, ani rywali nie można już było zmienić. Dlatego potem brakowało właściwego ogrania.
- Gdyby można było cofnąć czas do momentu tuż przed pierwszym spotkaniem z Panathinaikosem, to inaczej zestawiłby pan zespół?
- Wprost przeciwnie - nic bym nie zmienił. Uważam, że jak na polskie warunki przygotowałem i nastawiłem drużynę fantastycznie do pierwszego spotkania z ateńczykami. Naprawdę wszystko dopiąłem na ostatni guzik.
- Gdyby można było zarządzić powtórzenie spotkania rewanżowego, to Wisła wcześniej poleciałaby do Aten, żeby się właściwie zaaklimatyzować? Ten błąd wytykali panu fizjologowie.
- A ja uważam, że z aklimatyzacją trafiłem w punkt. Gdybyśmy chcieli optymalnie zaaklimatyzować zawodników do greckiego klimatu, musielibyśmy polecieć pod Akropol co najmniej tydzień przed meczem. A na to nie było czasu, bo swoje terminy miała przecież reprezentacja.
- Gdyby mecz w Atenach trwał o osiem minut krócej to…
- …wszyscy w Wiśle byliby szczęśliwi i bogaci. Właściciel spełniłby marzenia i napełnił kiesę. Zawodnicy także świetnie zarobiliby na awansie do Ligi Mistrzów. Trener - to znaczy ja - również. Bo jak jest się czym dzielić, to nikt nie stroni od godnego nagrodzenia dobrych pracowników.
- Gdyby pierwszy mecz z Vitorią Guimaraes odbył się w Polsce, Wisła miałaby większe szanse w rywalizacji z Portugalczykami w Pucharze UEFA?
- Nie. W tamtym momencie nie mieliśmy najmniejszych szans na przeskoczenie zespołu Marka Saganowskiego. Wisła została osierocona przez Tomasza Frankowskiego i Kalu Uche. A w pierwszym spotkaniu z Vitorią nie mogli wystąpić Radek Sobolewski i Tomasz Kłos - czterech kluczowych zawodników. Nikt na moim miejscu sensownie by ich nie zastąpił. Bo nie było kim, mistrz Polski ma zbyt słabe zaplecze.
- Gdyby można było odwołać publicznie składane obietnice, to ugryzłby się pan w język wygłaszając chęć wywalczenia Pucharu UEFA [sic! - dop. Ecoute]?
- Absolutnie nie. Bo te obietnice nie były wygłaszane dla publiczności ani do prezesa Cupiała, tylko do zawodników. Zespół trzeba było po prostu postawić na nogi, tchnąć wiarę w tych, z których zupełnie uszło powietrze. Zarówno po porażce w Atenach, jak i odejściu Franka i Uche. Byłem ostatnią osobą w klubie, którą pytano o zgodę na odejście tych zawodników, ale i tak broniłem się jak mogłem. Niestety, nic nie wskórałem.
- Gdyby latem do Wisły nie przyszli Konrad Gołoś, Marek Penksa, Jean Paulista, Andre Barreto i Paweł Kryszałowicz, tylko lepsi piłkarze, to może jednak nadal prowadziłby pan Wisłę?
- Ależ to nie ja sprowadzałem większość z nich. Gdy obejmowałem Wisłę, Gołoś już był w Krakowie. Także na zatrudnienie Penksy, Paulisty i Barreto nie miałem wpływu. Odpowiadam jedynie za Kryzałowicza. I uważam, że byłto dobry transfer w sytuacji, gdy na jego przeprowadzenie było zaledwie 24 godziny. Paweł przyszedł nieprzygotowany fizycznie do zadań, które czekały na niego w Wiśle, ale wkrótce nadrobi zaległości i będzie błyszczał w zespole spod Wawelu.
- Gdyby trenerem Zagłębia Lubin nie był Franciszek Smuda, to pewnie spokojnie pracowałby pan do końca rundy. Temu już pan chyba nie zaprzeczy?
- Oczywiście, że zaprzeczę. Osoba szkoleniowca Zagłębia nie miała żadnego wpływu na porażkę. Przegraliśmy bowiem na własne życzenie, a głównie na życzenie Pawła Brożka - zawodnika tyleż utalentowanego, co jeszcze nieskutecznego - który zmarnował cztery bramkowe sytuacje, a piątą niewykorzystaną setkę dołożył Marcin Kuźba. Swój udział w naszej porażce ma także sędzia, który odgwizdywał wyimaginowane pozycje spalone.
- Gdyby jednak w Lubinie w wyjściowym składzie w środku pomocy Wisły nie wystąpił Jacek Kowalczyk, to prawdopodobnie nie musiałby pan na nikogo zwalać winy, bo krakowski zespół raczej by nie przegrał.
- A kogo miałem wystawić, jak ze składu wypadli Sobolewski i Mauro Cantoro? Potrzebowałem defensywnego pomocnika, a Kowalczyk grywał na tej pozycji w reprezentacji młodzieżowej Edwarda Klejndinsta. Musi też kiedyś zacząć spłacać w Wiśle kredyt, który zaciągnął u prezesa Cupiała. Dopiero po przerwie wprowadziłem Barreto, bo ten zawodnik jest jeszcze nieprzygotowany do walki przez cały mecz.
- Gdyby Grzegorz Piechna z Kolportera Korony nie ośmieszył Arkadiusza Głowackiego w minioną niedzielę, to i pan nie musiałby się dziś wstydzić za remis z beniaminkiem, który okazał się gwoździem do trumny.
- Piechna w lidze ma teraz taki okres, jak Frankowski w reprezentacji - co dotknie piłkę, to ląduje w siatce. Inna sprawa, że rzeczywiście obaj moi środkowi obrońcy nie popisali się w spotkaniu z Kolporterem. Najpierw Kłos popełnił błąd próbując zostawić Piechnę na spalonym, a potem Głowacki dał się ograć niczym junior.
- Gdyby trener Engel złożył gwarancję, że szybko nastąpi poprawa gry Wisły, to mimo wszystkich wspomnianych potknięć zostałby do grudnia pod Wawelem?
- Nie mogłem obiecać podniesienia jakości w sytuacji, gdy sam nie mogę liczyć na Sobolewskiego, Cantoro, Kryszałowicza i w pełni zdrowego Penksę. To dopiero byłoby rzucanie słów na wiatr.
- Gdyby Cupiał musiał wypłacić odszkodowanie za zerwanie kontraktu, to pewnie tak łatwo nie podjąłby decyzji o zdymisjonowaniu pana?
- Umówiliśmy się z właścicielem Wisły, że na ten temat publicznie mówić nie będziemy.
- Gdyby jeszcze raz podpisywał pan kontrakt z Wisłą, znalazłaby się w nim klauzula o finansowej odprawie?
- Bez komentarza.
- Gdyby ktoś zapytał jakie były trzy główne błędy Engela w Wiśle, albo trzy główne przyczyny niepowodzenia, to powiedziałby pan, że…
- …po pierwsze: odejście czołowych zawodników. Po drugie: odejście czołowych zawodników. Po trzecie: odejście czołowych zawodników. Dodam, że chodzi o Macieja Żurawskiego, Frankowskiego i Uche.
- Gdyby wasze stosunki z Pawłem Janasem nie były napięte, to nie padłaby wypowiedź z ust selekcjonera, że Wisła nie była tak słabo przygotowana jak jesienią - ani podczas kadencji Henryka Kasperczaka, ani Wernera Liczki?
- To jakiś nonsens. Atak nastąpił pod złym adresem, bo za przygotowanie motoryczne - od kilku dobrych lat - odpowiada w Wiśle, i to jednoosobowo, fizjolog Ryszard Szul. To był rewanż za to, że skrytykowałem wystawienie Sobolewskiego, w meczu przeciw Anglii w Manchesterze, po zaaplikowaniu środków przeciwbólowych.
- Gdyby teraz pojawiła się dla Jerzego Engela oferta z Łęcznej, to poprowadziłby pan Górnika [w czasie udzielania tego wywiadu posada trenera Górnika Łęczna była wolna po zwolnieniu Bogusława Kaczmarka - dop. Ecoute]?
- Do końca października odpoczywam. Potem rozważę każdą ofertę.
- Gdyby Jerzy Engel złapał złotą rybkę, to w pierwszej kolejności poprosiłby o stanowisko selekcjonera w jakiejś bogatej, najlepiej arabskiej, federacji?
- Nie. Najpierw poprosiłbym o zdrowie dla członków mojej rodziny, bo nie jest z tym najlepiej. Następnie o to, żeby ludzie ze świata piłki zaczęli się szanować. A na koniec o to, żeby nowy prezydent RP i cała elita polityczna wreszcie zadbała o sprawy sportu. Bo za kilka lat, jeśli nic się w tej kwestii nie zmieni, nie będzie z kogo wybierać zawodników do piłkarskiej reprezentacji.
Z chęcią dopisałbym jakiś komentarz do tego wywiadu, lecz w tym samym numerze “Piłki Nożnej” zrobił to Piotr Żelazny.
- Jerzy Engel jest, niestety, niereformowalny! Po kolejnym bolesnym upadku wstaje z gracją, otrzepuje się i udaje, że tylko na chwilkę się położył, aby odpocząć. Jego pewność siebie i - używając poetyki Witkacego - zadowolonko nie znają granic. Co dziwi tym bardziej, że już właściwie nikt w Polsce nie wierzy w magię jego nazwiska. Poza nim samym. Okazuje się, że za słabe wyniki Wisły odpowiadają (w dowolnej kolejności): sędziowie, poprzednia ekipa źle kontraktując obóz w Austrii i sparingpartnerów, pudłujący Paweł Brożek i środkowi obrońcy, tylko nie trener. Zapytany, czy gdyby dostał nową szansę, zmieniłby coś w Wiśle, odpowiada: - Absolutnie nie! Jerzy Engel uważa się za nieomylnego w każdym etapie swojego życia zawodowego. Jak papież. Zatem odpowiednim miejscem byłaby teraz posada selekcjonera reprezentacji Watykanu.
Od siebie tylko dodam, iż:
- Paweł Kryszałowicz nie stał się gwiazdą Wisły
- Jerzy Engel trochę przedłużył sobie odpoczynek, gdyż wypoczywa aż do dnia dzisiejszego (nikt chyba nie powie, że się przepracowuje)
Komentarze (0)
